Bez tytułu

Przypominało to trochę zabawę na trzepaku; świat widziany do góry nogami, lekkie mdłości i zdrętwiałe nogi. Mieszanka ekscytacji i strachu pulsowała mi w żyłach, pobudzała ciekawość i zniecierpliwienie. Czas mijał, a perspektywa została, zniekształcając to, co znajome.

Wszystko było na opak, nawet muzyka, która niegdyś rozpieszczała moje zmysły, nagle stała się polem bitwy. Każde uderzenie w werbel odbijało się na mojej skroni, zostawiając czarne plamy przed oczami. Smyczek, niczym nóż, wrzynał się moje ramiona, a sekcja dęta ograbiała mnie z powietrza, zostawiając dwa wyzute balony zamiast płuc. Nawet ten głos, który koił moją duszę, teraz rozdzierał mi serce, wylewając z niego resztę nadziei. Jedynie gitara okazała się łaskawa, wiążąc ze strun pętle na mej szyi, by oszczędzić dalszego cierpienia.

Zawieszona w muzyce, umierałam z każdym taktem, dławiłam się nutami, drgałam lekko zbliżając się do końca; swego i utworu.

Gdy muzyka ustała, opadłam w bezruchu.

Wisiałam do góry nogami, jak kwiat pozostawiony do ususzenia; niewzruszony, pokryty grubą patyną wspomnień, pozostawiony tu trochę przez zaniedbanie, a trochę przez zapomnienie. Niewywołujący już zachwytu, a jedynie poczucie winy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.