Bez tytułu

Przypominało to trochę zabawę na trzepaku; świat widziany do góry nogami, lekkie mdłości i zdrętwiałe nogi. Mieszanka ekscytacji i strachu pulsowała mi w żyłach, pobudzała ciekawość i zniecierpliwienie. Czas mijał, a perspektywa została, zniekształcając to, co znajome.

Wszystko było na opak, nawet muzyka, która niegdyś rozpieszczała moje zmysły, nagle stała się polem bitwy. Każde uderzenie w werbel odbijało się na mojej skroni, zostawiając czarne plamy przed oczami. Smyczek, niczym nóż, wrzynał się moje ramiona, a sekcja dęta ograbiała mnie z powietrza, zostawiając dwa wyzute balony zamiast płuc. Nawet ten głos, który koił moją duszę, teraz rozdzierał mi serce, wylewając z niego resztę nadziei. Jedynie gitara okazała się łaskawa, wiążąc ze strun pętle na mej szyi, by oszczędzić dalszego cierpienia.

Zawieszona w muzyce, umierałam z każdym taktem, dławiłam się nutami, drgałam lekko zbliżając się do końca; swego i utworu.

Gdy muzyka ustała, opadłam w bezruchu.

Wisiałam do góry nogami, jak kwiat pozostawiony do ususzenia; niewzruszony, pokryty grubą patyną wspomnień, pozostawiony tu trochę przez zaniedbanie, a trochę przez zapomnienie. Niewywołujący już zachwytu, a jedynie poczucie winy.

Zanim się zacznie, czyli jak rodzi się obsesja…

Za każdym razem kiedy on przechodzi obok ciebie, widzę zmieszanie w twoich oczach; tę mieszankę pożądania z udawaną obojętnością, która nie pozwala ci nawet na to, by odwrócić wzrok. To niesamowite, jak w jednej chwili z ‚normalnej kobiety zajętej swoimi malutkimi sprawami’ stajesz się… przeźroczysta. Tak… przeźroczysta i bezcielesna.

Widzę jak przeobrażasz się w jego granatową koszulę, by poczuć zapach jego skóry, poczuć ciepło jego ciała… Twoje usta delikatnie rozchylają się z potrzeby bycia filiżanką, z której powoli upija kolejny łyk kawy. Niemal czujesz jego oddech i smak, kiedy jego pełne wargi dotykają twoich. Kiedy zaspokaja tobą swoje pragnienie.

Spoglądasz na jego dłonie, smukłość palców przyprawia cię o miłe dreszcze. Gdy przymykasz delikatnie oczy, czujesz jak błądzą po twoim ciele; jak dopasowują się do kształtu twoich piersi, delikatnie je ściskając i drażniąc twoje sutki. A one, łaknąc dotyku stoją posłusznie, jak za naciśnięciem guzika… Tak naturalnie jakby włączał długopis… i za każdym razem kiedy to robi… Masz to przed oczyma…

Chyba nie ma już miejsca w tym biurze, gdzie byś z nim tego nie robiła, prawda? Nie musisz robić takiej miny. Przecież jesteśmy dorosłe. To nic takiego puścić wodzę fantazji. Zwłaszcza jeśli chodzi o puszczanie i związane z nim przyjemności. Pamiętam, jak oparł się o biurko i podrygiwał w takt muzyki… Twoje feromony było czuć w całym pokoju. Nie potrafiłaś się powstrzymać od patrzenia na jego zgrabny tyłeczek wyrywający się z obcisłych jeansów. Siłą woli starałaś się powiększyć przestrzeń między biurkiem a nim, by wślizgnąć się pomiędzy i uprawiać z nim seks w rytm muzyki. Rozpinałaś jego koszule, a on bezpardonowo zaczął dobierać się do twoich majtek, kąsając cię w szyję przy refrenie. A może całując? W każdym razie szyja była w to dość mocno zaangażowana, bo przechylałaś ją coraz bardziej, a ognisty rumieniec wykwitał na twojej twarzy oraz dekolcie. Ciągnął cię za włosy, kiedy był już blisko… Drugą rękę miał opartą o biurko i jak gdyby nigdy nic stukał palcami w rytm muzyki.

Fantazje mieszają się z rzeczywistością, a to doprowadza cię do szału. I powiedz… po co ci to wszystko? Po co tyle godzin spędzonych na obserwowaniu faceta, który cię nie zauważa. Marzenie o tym, jak pokazujesz pazurki, jak wbijasz je w jego szerokie plecy w chwilach uniesienia. Jesteś zbyt potulna, zbyt dziecinnie niewinna, by dać mu powody do tego, by brać cię pod uwagę. Jeszcze.

Nic straconego. Sprawię, że twoją bezcielesność i przeźroczystość zacznie postrzegać jako tajemniczość, a ciebie jako zagadkę, którą musi rozwiązać. Najlepiej tu i teraz. Na stole przed tobą.

Pomogę ci. Od czego są przyjaciółki.

Photo by Tamanna Rumee on Unsplash

Histeria na miłość

W zielonym kubku mieszałam budyń czekoladowy, układając sobie myśli. Zamknięta w czerwieni ścian, zazdrościłam oknu przestrzeni, a sufitowi, osiągnięcia szczytu swoich możliwości. Budyń miał mieć tę czarodziejską moc uzdrawiania emocji i rozczesywania skołtunionych myśli, a tymczasem skupił jedynie wyrzuty sumienia związane z odstępstwem od diety. Gdyby tego było mało – przyprowadził Ją – Kotełkę. A jak dobrze wiadomo, Kotełka raz zachęcona zapachem słodkości, później za każdym razem, gdy usłyszała pękanie kostek czekolady, pojawiała się znikąd z tą samą kotełkową miną…
Pierwszy raz przydreptała na krótkich nóżkach do połowy pokoju i stanęła oglądając moje wnętrze wielkimi, zielonymi oczyma. Buzię miała okrągłą, z wdzięcznymi policzkami i niecałe 50 cm wzrostu. To co, jednak przykuwało największą uwagę to jej szary płaszczyk z bardzo dziwnego materiału. Gdy bliżej podeszła i mogłam się przyjrzeć, okazało się, że płaszczyk jest po prostu upstrzony kocimi kłakami…
Uśmiechnęła się lekko i przysiadła obok, zaglądając mi do kubka. Zapytam czy ma ochotę na budyń, potrząsnęła energicznie głową, więc chcąc nie chcąc, ruszyłam do kuchni wstawić wodę. Gdy wracałam, zerknęłam do środka, by upewnić się, czy nie mam omamów, a Kotełka była pogrążona we własnych myślach. Machała nóżkami na brzegu kanapy i powoli obierała się z kociej sierści, za każdym razem stosując wyliczankę: ‚Kota (jeden włos zrzucony na podłogę, szeroki uśmiech), nie-kota (kolejny włos zrzucony na podłogę, grymas smutku). I tak umilała sobie czekanie, przepowiadając przyszłość z kocich fusów.
Gdy wróciłam z kubkiem i razem zaczęłyśmy mieszać, zmieszanie ustąpiło, a w jego miejsce poczułam specyficzną bliskość znaną dobrze przyjaciółkom. Ona chyba poczuła to samo, bo położyła rękę na mojej dłoni i zrozumiałym tylko dla kobiet wzrokiem patrzyła przenikliwie, jakby chciała powiedzieć; „to łajdak…”. Zamiast tego, prawie szeptem zapytała:
-Nie kota?- patrzyła uważnie badając moją reakcję.
– No nie… może mamy trudne dni, ciężki miesiąc, ale to normalne na początku…- moje marne tłumaczenie przerwał dźwięk smsa- no właśnie, o wilku mowa- dodałam z ulgą.
-Kota! – zapewniła potakując głową i zaczęła wesoło ruszać nóżkami
Po kilku sekundach mina mi zrzedła… spojrzałam na Kotełkę znad telefonu i starałam przekazać wiadomość nie roniąc ani kropli… czytam:
‚Cześć. Przepraszam za ostatni tydzień…”
– Kota! – uśmiecha się czule, oczy jej błyszczały nadzieją.

‚Jesteś wspaniałą dziewczyną i nigdy wcześniej nie poznałem tak miłej i opiekuńczej istoty’– spojrzałam na nią.. nawet ona wietrzyła tu podstęp – zmarszczyła brwi i malutki nosek, przez co wyglądała jak nieufne, szare zwierzątko.
-Kota? -zapytała ostrożnie, będąc jednocześnie gotową na cios. Odłożyła na bok kubek z budyniem, po czym podkurczyła kolana i zacisnęła piąstki.

‚Ale dla mnie to trochę za wiele. Potrzebuję więcej przestrzeni i powietrza, bo czuję się jak w klatce. Na pewno znajdziesz kogoś, kto uzna tą Twoją opiekuńczość za ogromny plus. Życzę Ci odnalezienia miłości.’

Kątem oka patrzyłam na moją towarzyszkę, widziałam jak jej policzki pąsowieją, a usta i bródka lekko dygocze. Wyszeptała:

-Nie kota…

-Tak, nie kota.- powtórzyłam, powstrzymując się od łez. Już chciałam ją poprosić, by zostawiła mnie samą, gdy wdrapała mi się na kolana, wyjęła z kieszeni płaszcza komórkę, uśmiechnęła się do mnie zachęcając do spojrzenia w kolorowy ekran. Po kilku kliknięciach weszła w galerię, gdzie znajdowało się chyba z tysiąc różnych zdjęć, filmików i gifów z kotami. Była wybredna przy wyborze, ale za każdym razem nie omieszkała opatrzyć dobrze znaną wersją komentarza. Dwadzieścia minut oglądania małych kotów, kociaków grających, gryzących, psocących i drapiących przesłoniło moje przygnębione myśli. Gdy Kotełka zauważyła cień uśmiechu na mojej twarzy, schowała komórkę i zrobiła susa, próbując się dobrać do mojego telefonu. Zrobiła to z prawdziwą gracją, by po chwili wlepić we mnie wielkie, kocie oczy ze Shreka. Próbowała sama odblokować ekran, ale po nieudanych próbach jej oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej i nie miałam wyjścia – musiałam jej pomóc. Kilka zręcznych kliknięć i już była na niebieskiej aplikacji przeszukując w skupieniu moją tablicę. Nagle wyprostowała się, niczym pies gończy wskazując zdobycz. Koło przychylnego komentarza pod moim zdjęciem widnieje imię i nazwisko mego przyjaciela i jego pocieszny pyszczek. Nogi podniosła do góry szczerząc się z zadowolenia. Gdy zauważyła mój pytający wzrok wywróciła oczami, odłożyła przy mnie komórkę i wzięła w rączki kubek z budyniem. Spojrzałam na komórkę, potem na nią, a ona znikając ogromny kopiec budyniu w buzi, wyjmuje łyżeczkę, mierzy ją we mnie, by po przemieleniu budyniu wydać swoją ekspertyzę:

– Kota. – zawyrokowała pewna siebie.

Photo by Daria Shatova on Unsplash

Histeria na zdrowie

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie; wiatr wściekle dął w okna, jakby chciał wyrazić sprzeciw nadchodzącej jesieni. Siedziałam w fotelu w dresach, bez makijażu i obawy, że ktoś mnie tak zobaczy. Wolna od trosk i tuszu do rzęs, popijałam wino z ulubionego półlitrowego kieliszka, przerzucając kanały kolorowego pudła. Wtedy obok mnie na pufie pojawiła się ona; drobna, w czarnych rajstopach (jak później się okazało, rajstopach nie byle jakich, ale pobudzających krążenie), i szarym, luźnym swetrze. Popatrzyłam na nią zdziwiona, ale zanim otworzyłam usta, ona zasypała mnie historią na temat swetra, nie- owczego, ale alpakowego, jaki on jest lżejszy i nie uczulający, wspaniały sweter- lekki i wygodny, a przede wszystkim modny, bo szary, a szary nie wychodzi z mody. Jej słowa zawijały się wokół mnie jak szal i miałam je już powyżej uszu, gdy w końcu umilkła i popatrzyła z poważną miną…

  • Ale wiesz, po co tu przyszłam? Bo przecież nie po to, by opowiadać o swetrze. – wybuchła śmiechem podnosząc nogi i połyskując rajstopami, odbijającymi światło telewizora.
  • Nie wie… – nie dała mi nawet dokończyć.
  • Jak to? Jakaś ty głupiutka… Swoją drogą, kochaniutka, ty też powinnaś sobie kupić coś, co poprawi ci samopoczucie ciała, coś co cię uzdrowi… ale na ploty jeszcze będziemy miały czas… – pochyla się i patrzy mroźnym błękitem – Przyszłam, byś włączyła TO.
  • Co? – patrzyłam i już nie byłam pewna, co bardziej mnie dziwiło: jej postać, przybycie czy szara alpaka ciągle biegająca mi po głowie.

Próbowała mnie zmrozić wzrokiem, a może zmrozić cały pokój? Może to sweter spowodował, że nie osiągnęła wystarczająco niskiej temperatury i zamiast lodu, pociekła woda… całkiem dużo wody. Lały jej się z oczu wodniste grochy, ogrochowując szare cudo.

  • Ja muszę to obejrzeć! Ty nic nie rozumiesz! – szlochała. – Bo mnie tu w prawym boku strasznie kuje praktycznie co piątek, a w kolanie chlupie jak w sedesie… A o łazienkowych sprawach już nie wspomnę… – zmarszczyła drobny nosek, dopełniając wyraz trwogi smutnym łukiem pełnych ust.
  • Powiedz, co chcesz obejrzeć, to ci włączę – mówiłam delikatnie, strącając asertywność w przepaść. Chciałam przy okazji zrzucić też alpakę, ale się skubana rozbrykała.
  • Naprawdę? – wpatrywała się we mnie zamglonym nieboskłonem, a dłońmi starannie poprawiła czarne włosy związane w zdrową cebulę. – Włącz ‚ludzkie pasożyty’, są na trójce. – powiedziała, o dziwo, krótko.

Nie chcąc dalej drążyć tematu, ni wywoływać kolejnych spazmów, włączam posłusznie ‚trzy’ na pilocie i obie zagłębiamy się w rzeczy, których wolałabym nie być usłyszeć. Czułam się jak na torturach, czułam każdy mięsień i wijące się stworzenia pod skórą… i w trzustce, i w stopie… i w ogóle… zwłaszcza w ogóle… Nie wiedziałam, czy lepiej zemdleć, czy wypłakać, a może znowu wybuchnąć… choć kolejne otwarte rany będą tylko zaproszeniem dla wijących się gości…

Spojrzałam kątem oka na moją towarzyszkę… a ona… się śmieje. Bezczelnie szczerzy ząbki, lekko mruży oczki, za których kąciki trzymają ją zaciekle kurze łapki.

  • Też to czujesz, prawda? – zapytała prawie bezgłośnie, aż mnie ciarki przeszły… a właściwie… czy to na pewno były ciarki… mam taką nadzieję…
  • Tak… każdy przypadek na sobie czuję, a ciebie to tak bawi? – syknęłam czując się zdradzona, chowając empatię do kieszeni. Alpaka już się nie zmieściła.
  • Oczywiście, że raduje mnie fakt, iż nie jestem sama! Nic tak nie cementuje przyjaźni jak stara, dobra choroba! – uśmiechnęła się poufale i sięgnęła zza pufy po drugi kieliszek, który musiała sobie wcześniej przynieść. Nalała sobie wina i prawiła dalej – Nic nie zaskarbi twojej sympatii tak jak wspólne objawy, podobne schorzenia i skutki uboczne!
  • Ale ja nie jestem chora! – aż wstałam, by zużyć energię na podniesienie się z fotela, zamiast trzepnąć już dość trzepniętą rozmówczynię. Przy okazji również postanowiłam sobie napełnić kieliszek, bo na trzeźwo nie dało się tego znieść.
  • Jesteś – pogłaskała mnie pobłażliwie – ale jeszcze o tym nie wiesz. Ale ja ci pomogę to sobie uświadomić – od tego tu jestem i być będę, chociażby codziennie właśnie w tym pięknym szarym swetrze – mówiłam ci już, że dzięki temu, że nie ma dużo lanoliny to mniej się brudzi i jest odporny na roztocza?

‚No tak… dopadła mnie Histeria zdrowotna… tylko czemu teraz i tutaj?’ zatopiłam się w myślach, w dali galopowały alpaki, a pudło przed nami zarządziło napisy końcowe.

  • Ooooo… To już koniec programu. Musisz iść. – skwitowałam ponownie wstając i zmierzałam do drzwi, by zmotywować ją do wyjścia.
  • Ale jest jeszcze tyle programów; niewyjaśnione choroby, choroby zakaźne, grzybice różnego rodzaju, nie wspominając o chorobach wstydliwych… tyle mamy do obgadania… – powiedziała ze zdziwieniem.
  • No niby tak… – zaczęłam powoli – ale, moja droga… przyjaźń buduje się stopniowo i hoduje jak… pasożyty.- wzdrygnęłam się na samą myśl o nich i swojej głupocie.
  • No może masz racje… – niechętnie odpowiedziała, miętoląc róg swojego nieuczulającego swetra
  • Na pewno mam. Spotkamy się innym razem, a przez ten czas nieobecny możesz przemyśleć wszystkie przypadki, które dzisiaj widziałyśmy i dokonać autoanalizy swojego jestestwa.
  • To całkiem dobry pomysł, muszę przyznać – i przyznała dodatkowo kręcąc głową.- to do zobaczenia, przyjaciółko.
  • To pa.- wycedziłam, a ona zniknęła.

Pozostawiła po sobie myśli pasożytnicze i najwyraźniej zaraźliwą, szarą alpakę.

Photo by Elizaveta Dushechkina on Unsplash

Histeria na dom

Mieszkając w starej kamienicy, dzieliłam te cztery kąty ze Strachem. Niegdyś, mój współlokator był dość jednostajny w działaniach; całymi dniami wygrywał marsze na rurach od kaloryferów lub prowadził zażarte dyskusje ze starym, skrzypiącym parkietem. Ceniłam sobie jego przewidywalną naturę i nawet, gdy kłótnie czy melodie przelewały się na godziny nocne, odnajdywałam w tym pewnego rodzaju bezpieczną ostoję. Wszystko zmieniło się po wybuchu, gdy w jednym z kątów w kolorze butelkowej zieleni zagnieździła się ona… Histeria Domowa; z plątaniny myśli uwiła sobie sieć i rozłożyła się na niej wyzywająco, wyczekując adoratorów. Strach, najwyraźniej, powziął rękawicę i rozpoczął prześcigać się w pomysłach; to migać światłem z latarni, to cieniem postacie malował, odgrywał serenady na szafkach i spadających ubraniach z wieszaka. Dwoił się i troił, by ją zaspokoić… Ona, Histeria Domowa, spoglądała na niego, jak na stare zakurzone pudełko; to z lekkim sentymentem, to z litością.

Pukle czarnych włosów kręciła na palcu, ściągała wąskie usta wybałuszając oczy. Nie była okazem piękna, lecz przyznać jej trzeba, że dwie pary rąk i dwie pary nóg dodawały jej uroku. Siedziała jak dumne pajęczysko; prezentowała wielkie piersiska uwięzione w czerwonej sukni i kabaretki na czterech nogach zakończonych czarnymi szpilkami z czerwoną podeszwą- bo jakże by inaczej? – przecież takimi butami najlepiej porusza się po pajęczynie.

Siedziała i knuła planiska; obserowała mnie czarnymi, czujnymi oczyskami. Wielkie miała argumenty i chytry plan… Dobić mnie chciała… sprzątaniem.

Dzień w dzień, rozkochane w niej pająki wiły nowe sieci. Dzień w dzień rozkazywała paprochom, by swoimi włochatymi łapkami brudziły szklanki i talerze. Strach z jej rozkazu rozrzucał ubrania i lepił koty z kurzu. Koty te, rozmiałczone do granic możliwości, z kolei zatrudniła do lizania okien i podłogi; wszystko w szarej ślinie i wzorzystych smugach. Omiatała zakurzoną miotełką wszystkie meble i regały, nie znała litości – wszystko ginęło pod warstwą białego popiołu – domowych Pompei jej się zachciało!

I gdy wydawało się, że gorzej być nie może, że to wszystko już przelewa brudną czarę… zaczęła…

MARUDZIĆ

  • Jak ty się nie wstydzisz?
  • Co z ciebie za gospodyni?
  • Tyle programów oglądasz w telewizji – swój dom sobie lepiej obejrzyj!
  • Przez okna już nic nie widać prócz kurzu…
  • Co z ciebie za kobieta?
  • Nikt do ciebie nie przyjdzie, do tego syfu!
  • Facet cię pogoni, bo nie sprzątasz!
  • Nie pójdziesz spać póki tego nie umyjesz!
  • Czy ty urodziłaś się w oborze?

I drążyła na przemian: pytaniami i wyzwiskami, pot jej spływał po puklach, które od wilgoci zamieniały się w afro. Poliki nadymała z wściekłości, miny strzelała szaleńcze i pokazywała swoje cztery wielkie ręce w rękawiskach białych ubrane – gotowe już na testy i ustawianie. A ja miałam nadzieję, że podczas jednego z ataków tej sprzątaniowej furii, tak się nadmie, że wybuchnie…

Ja i moje histerie

Pierwsze było słowo…

… a w zasadzie dwa słowa, które słyszałam od niego. Brzęczały mi w uszach milionem rozwścieczonych dźwięków i wprowadziły moją głowę w taki rezonans, że nie było innego wyjścia, jak wybuchnąć, by uratować swój rozum. Wybuch ten, niespełna trzy lata temu, inny był niż wcześniejsze zajścia; wybryki przyszłej matki natury. Również przez zły wpływ człowieka spowodowany, niszczycielską siłą spowity, bojaźnią maluczkich nagrodzony…

Tego dnia pamiętnego, w piątek o 18:08 wydałam na świat… Histerie; część wyskoczyła z mojej głowy, inne wylały się wraz ze łzami, a te bardziej zawzięte, udusić mnie chciały, lecz zdążyłam je odchrząknąć i wypluć. Ubrane były w emocje, twarze spowiły im barwy wojenne, a serca trzepotało im w piersiach, z obawy, że się wyda… Orszak ten dumnie mnie prowadził, chronił, ganił i szydził wiernie; nie szczędził słów ani myśli. Każda z nich łaknęła uwagi i szacunku, a w głębi histerycznej duszy marzyła o tym, by zdjąć tarczę i nie martwić się czy z nią czy na niej wróci z kolejnej bitwy o codzienność.

Ale pierwsze było słowo… a w zasadzie dwa słowa:

Jesteś histeryczką!

Photo by Andreea Pop on Unsplash

Róża w trzech odsłonach

Jest mi niezmiernie miło Was poinformować, że moja pierwsza powieść pt. „Róża i ludzie miasta” jest już dostępna w trzech odsłonach. Jeśli chcecie poczytać, o czym jest „Róża…” to możecie to zrobić tutaj. Poniżej kilka słów o tym, co możecie wykrzesać z każdej z wersji 😉

Pierwotna wersja: Papierowa.

Wszyscy sympatycy szelestu stron i zapachu świeżego druku nie zawiodą się. Książka w tej wersji ma 306 stron, a wyraźna i duża czcionka cieszy oczy każdego, kto po nią sięgnie. Dodatkowo, wydawnictwo postarało się o wyróżnienie fragmentów książki innym kolorem papieru, dzięki czemu każdy czytelnik odnajdzie się bez trudu przy zmianach wątków. Ciepło bijące z okładki świetnie oddaje nastrój powieści. Tę wersję można dostać na zamówienie w większości księgarń oraz empiku. Warto zapytać również w swojej bibliotece.

Druga wersja: Elektroniczna.

„Róża” w szarości czuje się znakomicie 🙂 Kolor ten świetnie koi zmęczone po całym dniu oczy, a kompaktowość nośnika sprawia, że można ją wszędzie zabrać i nie trzeba martwić się o zakładkę. Czcionka i ilość stron zależy tylko od Was i waszego widzi mi się. Wersja elektroniczna dostępna jest we wszystkich księgarniach elektronicznych.

Trzecia wersja: Audio.

Powieść czytana przez Panią Hannę Chojnacką-Gościniak nabiera nowej barwy. Jest wyrazista i pełna szczegółów, które można wychwycić tylko dzięki odpowiedniemu podkreśleniu przez lektora. Trzysta sześć stron zamienia się w siedem godzin i trzydzieści siedem minut. Poztcja ta dostępna jest w storytel.

Do F.

Gdy byłam małą kropką, siedziałaś w kąciku moich ust i spijałaś woń świeżego papieru. Gdy obrastałam w słowa, a później w wyrazy, widziałam jak rośniesz ze mną, jak nabierasz kształtów. Twoje błękitne futro lśniło w blasku stalówki, a ja czułam, że nie grozi nam skreślenie, bo możemy na sobie polegać. Karmiłam cię moimi emocjami i smakowitymi myślami, byś mogła mnie obronić przed wypisaniem. Ale gdy zaczęłam się wypisywać, gdy tusz nadawał literom desperacki posmak, uwięziłaś mnie między kratkami.

Beztuszną.

Bezkształtną

Teraz umieram nie zapisawszy ostatniego słowa, bez możliwości skończenia żywota tym, czym je zaczęłam.

Urwana

Zaschnięta

Rozpadłam się na drobne, którymi płacisz za parking. Pokładałam nadzieje, w które ty wycierasz zabłocone buciory. Rozwarstwiłam swoje zdanie, byś miała gdzie poupychać swoje przebrzmiałe ego. Zamieniłam swoje nastawienie na kolorowe soczewki, by żyło ci się lżej. Spapierzyłam się, byś miała czym się podetrzeć.

Stałam się częścią twojego życia. Częścią podstawową. Częścią niezawodną. Częścią zawodną.

Photo by Nicolas Thomas on Unsplash

Szkoda, że mnie nie widziałeś

Szkoda, że mnie nie widziałeś; jak tonęłam w żółci rzepaku. Kwiaty muskały moje nagie ramiona, liście kołysały się gwoli wiatru. Wyciągnęłam rękę ku niebu, by prosić je o jeszcze jedną szansę, a ono wysyłało w odpowiedzi puchate obłoki, pełne kropel deszczu. Continue Reading

Akwarela

Akwarela

Wspaniale być akwarelą; rozmywać się na kartce papieru, przenikać bystro w fakturę i mościć się w jego bieli.

Cudownie być akwarelą; niknąć od kilku kropel, zatracać się w wahaniu artysty, zastygać będąc niedopełnioną.

Continue Reading