Spotkanie po latach

‚Kawiarnia, to takie banalne’ – powiedział zachrypłym, niskim głosem. Gdybym go nie znała, pomyślałabym, że urąga mu fakt, iż wpadliśmy na siebie po tylu latach właśnie tutaj. Słowa ociekały pogardą, a wzrok, który wlepił we mnie, był jak zawsze wymagający i wyczekujący. Wrogość podkreślały sterczące skrzydła kołnierzyka atramentowej koszuli. Można by przysiąc, że za chwile wzbiją się do lotu, by zaatakować swoją ofiarę.

Przywitałam się uprzejmie, po czym zaproponował zieloną herbatę i wskazał stolik, przy którym mieliśmy usiąść. Stolik z dala od okien, by promienie słoneczne nie zakłócały jego odbioru. Pamiętam, jak dzisiaj jego rady, racjonalizacje. Wąskie usta, gdy przemawiał do mnie i nauczał; potrzebowałam trzech lat, by przestało mnie to nawiedzać w snach. Przez te kilka lat do ust i oczu przyczepiła mu się chmara zmarszczek. Jego twarz wyglądała, jakby się stłukła na małe kawałeczki, a on zdołał je pozbierać i posklejać w miarę spójną całość. Tylko wzrok pozostał niezmiennie zimny.

Obserwowałam go bardzo uważnie, gdy instruował kelnerkę w związku z naszym zamówieniem. Dał upust swoim długim, szczupłym palcom i z niewidzialną batutą nakreślał linie melodyczne swojego rozumowania, w których kelnerka ewidentnie nie mogła się odnaleźć. Jego niecierpliwe nadymanie policzków również jej w tym nie pomagało. Szczerze jej współczułam, ale wiedziałam, że nie mogę jej pomóc. Jedyne na co się zdobyłam, to przepraszający wzrok, który, jak miałam nadzieje, uchroni mnie od jej śliny w kubku z herbatą.

Czekanie umilił mi anegdotami o swoim dobrobycie, przeplatając uszczypliwymi uwagami na temat mojego wyglądu. Mój delikatny uśmiech zmieszany z nutą pobłażliwości nie przypadł mu do gustu, gdy się w końcu opamiętał.

Zatopiłam oczy i usta w zielonej herbacie zastanawiając się, czy otrzymał coś specjalnego od kelnerki za swój pokaz. Na pewno tak wylewni klienci nie zdarzają jej się codziennie, na szczęście. Ja obcowałam z tym talentem przez dobrych kilka lat i byłam zmuszona do wybierania jego ulubionych ścieżek. W takich chwilach byłam wdzięczna bezwzględnemu czasowi; może nie obszedł się z moim ciałem zbyt łaskawie, ale za to uodpornił mnie na niego. Lata wplotły mi białe źdźbła we włosy, dolepiły kilka fałdek tu i ówdzie, ale w środku byłam jak zahartowane szkło; przejrzysta i silna. Nie spękałam się czasem, nie zarosłam sarkazmem i fałszywą pewnością siebie.

Jestem spokojna i to mi wystarczy; to moja największa siła.

Siedziałam z nim jeszcze pół godziny; spędzając je głównie na słuchaniu narzekania i obgadywania naszych, starych znajomych; czasami starałam się wykrzesać kilka miłych, wspólnych wspomnień, ale bezskutecznie. Czy to możliwe, żeby ten człowiek się na siłę unieszczęśliwiał? Wyglądał jak dziecko, które dostało watę cukrową na patyku i zamiast ją pałaszować w zachwycie, chodził po kątach i zbierał pajęczynę i pająki, które napawały go strachem. ‚Cierpienie uszlachetnia’ – jego szept dudnił mi w głowie; powtarzał mi to nieustannie, gdy układałam się do snu. Największe kłamstwo świata…

Wybił mnie z myśli dotyk jego suchych, pomarszczonych dłoni; pierwszy raz widziałam w jego oczach desperacje. Chciał mojego powrotu, pragnął wypełnić pustkę, której i tak nie byłam nigdy w stanie wypełnić. Zgubił siebie pod maskami i różnymi wcieleniami; dawno już nie żył przygnieciony ołowianym smutkiem. Nie chciałam do tego wracać, nie chciałam wracać do niego. Wyprostowałam się i delikatnie zdjęłam jego chłodną dłoń z mojej.

Spojrzałam mu głęboko w oczy i ciepłym głosem wyszeptałam; ‚to takie banalne…’

Photo by Ivan Stern on Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *