Idę przez ulicę Tkacką z resztkami rozmazanych marzeń na twarzy. Oczy mam zgaszone, słone. Rzeczywistość się zlewa jednym wielkim potopem wspomnień, a ja w akcie desperacji rzucam się do schodów – by uniknąć utonięcia w zapomnieniu.
Idę w górę. Continue Reading

Zbudziłam się dzisiaj, a tu, na mojej poduszce rozgaszcza się w najlepsze… Wczoraj. Łypie na mnie oczami z zaciekawieniem i czeka na kolejny ruch… A ja ostrożnie… wstaję.
Te kilka chwil sam na sam… Kalejdoskop spojrzeń zaklętych w różnych punktach, przyspieszony oddech z zaciekawienia… Czas przestaje się liczyć, dlatego tak szybko ucieka obrażony… Nie ma tu dla niego miejsca.
Rzeczywistość popijana gorzką kawą wydaje się bardziej zjadliwa… Jakaś taka słodsza.
Grzejąc się w słońcu wełnianego swetra, delektuję się słodką cieszą, popijając ją gorzką kawą. Siedzę sobie i wyglądam przez okno. I nic się nie dzieje. Zupełnie najnicowsze nic siedzi sobie naprzeciwko i łypie oczyskami bez wyrazu.
Lepię i lepię, ale nie jest lepiej. Mijają kolejne minuty, a ja cała ubabrana w słowach szukam właściwej konstrukcji. Jak to możliwe, że przy tylu galaktykach słów, przy tylu rozwidleniach znaczeń
Otwierając wszystkie okna umysłu czekam niecierpliwie na Jej przyjście. Czy to się kiedyś zmieni? Czy wydarzy się coś, co sprawi, że będziemy sobie bliskie na tyle, by skrócić to czekanie?